Nieboska komedia - Zygmund Krasiński


Streszczenie

Motto {1}
Pierwsze motto opatrzone jest podpisem „Bezimienny”, co daje nam podstawy, aby domyślać się w nim autorstwa samego Krasińskiego. Zawiera ono krytyczną uwagę na temat ludzi, którzy do błędów swoich przodków dodali nowe wady, jak niezdecydowanie i tchórzostwo, co stało się przyczyną ich klęski. Ten potępiający osąd odnosi się do arystokracji, która jako stara klasa społeczna wypełniła już swoją dziejową rolę i w obecnej, wypaczonej formie nie może dłużej funkcjonować. Skazana jest wiec na wymarcie i wieczne zapomnienie.
Drugie motto pochodzi ze sławnego monologu Hamleta („Być albo nie być...” – sc.1, akt III) i wyraża dramat egzystencjalny głównego bohatera, (a także samego autora), zarówno w kwestii możliwości bycia poetą, jak i zasadności istnienia, reprezentowanej przez niego klasy (arystokracji).

Część I {2}
Rozpoczyna się poetyckim wprowadzeniem, zawierającym rozważania na temat natury poezji {1}. Wskazuje na jej kreacyjną, a zarazem destruktywną moc, w zależności od tego, czy realizowana jest przez twórcę „nieszczęśliwego” (przeklętego), czy „błogosławionego” (natchnionego). Pierwszy bowiem zaledwie przeczuwa prawdę, jaką jest poezja, nie mając do niej dostępu („Skądżeś powstał, marny cieniu, który znać o świetle dajesz, a światła nie znasz, nie wiedziałeś, nie obaczysz!”). Oddaje się złudnym wyobrażeniom, tworząc rzeczy piękne pod względem formy, ale pozbawione boskiego przekazu („Przez ciebie płynie strumień piękności, ale ty nie jesteś pięknością”). Wiecznie niespełniony, wciąż dąży do ideału, którego nie może dosięgnąć, skazując się tym samym na gorycz cierpienia („Ale i ty cierpisz, choć twoja boleść nic nie utworzy, na nic się nie zda”). Poświęca się marzeniu o sławie i twórczej samorealizacji, żyjąc jednocześnie w zwykłym świecie, przez co na obu tych polach ponosi klęskę („Ten tylko nieszczęśliwy, kto na światach poczętych, na światach mających zginąć, musi wspominać lub przeczuwać ciebie – bo jedno tych gubisz, którzy się poświęcili tobie, którzy się stali żywymi głosami twej chwały”).
Dla odmiany, poetą „błogosławionym” jest ten, „w którym poezja zamieszka”, który całym swoim życiem reprezentuje jej ideały i każdym słowem (bez względu na jego poetycki kształt czy formę) głosi jej prawdę („Taki cię [poezję] będzie nosił gdyby gwiazdę na czole swoim, a nie oddzieli się od twej miłości przepaścią słowa”). Mając dostęp do wyższego świata, jest wieszczem, co daje mu prawo przewodzenia innym ludziom („On będzie kochał ludzi i wystąpi mężem pośród braci swoich”).
* * *
Właściwa akcja dramatu składa się z szeregu krótkich, nienumerowanych scenek, oddzielonych od siebie przerywnikami. W pierwszej z nich Anioł Stróż zapowiada, że ten, kto ma serce, może jeszcze liczyć na zbawienie i zsyła na ziemię dobrą, skromną Żonę, która ma obdarzyć głównego bohatera (poetę) dzieckiem.
* * *
Analogicznie Chór złych duchów posyła poecie: marę kochanki, obleczoną w kształt niebiańskiej dziewicy; pragnienie sławy („starego orła wypchanego w piekle”) oraz „spróchniały obraz Edenu” pod postacią piękna natury, które mają go oczarować i uwieść, odwodząc od prawdy.
* * *
We wsi nad kościołem Anioł Stróż zapowiada, że jeśli bohater dotrzyma przysięgi, stanie u jego boku przed Boskim obliczem.
* * *
W kościele ksiądz udziela ślubu poecie, który zostając sam po wyjściu gości, zaklina się, że nigdy nie przestanie kochać swojej żony, gdyż jest ona ucieleśnieniem jego marzeń.
* * *
Na weselu Mąż upaja się pięknem tańczącej Żony, mówiąc, że wiecznie stanowić ona dla niego będzie źródło natchnienia, po czym prosi ją, aby tańczyła dalej, pozwalając mu napawać się tym poetycznym widokiem. Żona, będąc mu wierną i oddaną, zgadza się pomimo dużego zmęczenia.
* * *
Zły duch w kształcie dziewicy leci na ziemię, zbierając po drodze z cmentarza atrybuty pięknych, zmarłych niewiast (czerń ich włosów, błękit oczu, atłas sukni) i przywdziewając na siebie.
* * *
W sypialni, śniącemu Mężowi, ukazuje się widmo Dziewicy, przywołując w nim młodzieńcze marzenia. Po przebudzeniu porównuje on zjawę ze śpiącą obok Żoną i uświadamia sobie, jak bardzo ta druga odbiega od jego dawnych wyobrażeń. Dziewica zarzuca mu zdradę, a on sam przeklina chwilę, w której porzucił swoje ideały i piękną kochankę dla innej kobiety. Wtedy Żona budzi się i zaniepokojona pyta, co mu jest, na co on odpowiada, że musi zaczerpnąć powietrza, po czym wychodzi.
* * *
W ogrodzie Mąż wyrzuca sobie, że po ślubie sprzeniewierzył się swoim ideałom i żył po filistersku, w sposób przyziemny, prozaiczny oraz gnuśny („spałem snem odrętwiałych, snem żarłoków, snem fabrykanta Niemca przy żonie Niemce”). Pyta Boga, jak mógł połączyć dwoje obcych sobie ludzi świętym węzłem małżeńskim. Ponownie widzi Dziewicę i oświadcza, że nawet jeśli jest ona jedynie wytworem jego poetyckiego natchnienia, pragnie tak samo stać się marą, aby się z nią zjednoczyć. Zjawa pyta go, czy pójdzie za nią, dokądkolwiek i kiedykolwiek tego zażąda, na co on wyraża swoją gotowość, prosząc ją jednocześnie, aby została. W tym momencie z domu dochodzi głos Żony, wzywającej go do powrotu. Duch znika, a Mąż obiecuje sobie, że jak tylko zjawi się ponownie, odejdzie z nim, zostawiając to miejsce i swoje dotychczasowe życie.
* * *
W salonie Żona zdaje Mężowi relacje z przygotowań do chrztu ich syna, Orcia. Mąż słucha nieuważnie, myśląc jedynie o konieczności jak najszybszego odejścia z domu. Żona pyta go o powody zmian, jakie zaszły w jego zachowaniu względem niej. Nie wie, czym mu zawiniła, że traktuje ją tak ozięble i nie zwraca na nią uwagi. Mąż odpowiada, że nie ma w tym jej winy, że nic się nie zmieniło i czuje, że „powinien ją kochać”. Zrozpaczona kobieta, błaga go, aby skoro dla niej nie ma już serca, nie przestawał przynajmniej kochać ich dziecka, na on uspokaja ją obietnicą, że zawsze będzie darzył ich miłością. W tym momencie rozlega się grzmot i do pokoju wchodzi Dziewica, prosząc, żeby poszedł za nią do lepszego, „świeżego” świata, w którym będzie wolny od ziemskich zobowiązań. Żona ze zgrozą rozpoznaje w niej piekielną marę, ale Mąż dostrzega tylko poetyckie piękno zjawiska. Zjawa przekonuje go, aby porzucił dom i śmiertelną, ziemską kobietę, dla oferowanych mu przez nią niebiańskich rozkoszy. Żona próbuje go zatrzymać, ale on, omamiony obietnicami, nie chce jej słuchać i odchodzi. Rozlega się drugi grzmot; kobieta z dzieckiem pada zemdlona.
* * *
W domu poety, zaproszeni na chrzest Orcia goście, komentują po cichu nieobecność gospodarza i zły stan jego żony. Nieobecna duchem matka chłopca, podchodzi do niego podczas obrzędu i błogosławi go życzeniem, aby został poetą, gdyż to zapewni mu miłość jego ojca. Liczy, że jeśli syn przypodoba się Mężowi, ona także odzyska jego przychylność. Następnie przeklina dziecko, dziecko jeśli miałby nie stać poetą i mdleje. Skonsternowani goście pospiesznie opuszczają dom w przeświadczeniu, że zaszło tu coś niezwykłego. Ojciec chrzestny wypowiada jeszcze nad kolebką Orcia pouczenie, że jego chrześcijańskim obowiązkiem jest umiłowanie ojczyzny, za którą nawet „zginąć jest pięknie”.
* * *
Tymczasem w malowniczej okolicy, Mąż prowadzony przez Dziewicę, zachwyca się otaczającym go pięknem i cieszy z decyzji o porzuceniu domu, czując, że jest już bliski osiągnięcia wymarzonego ideału.
* * *
Nagle krajobraz zmienia się i Mąż odnajduje się pośród burz na szczycie nad przepaścią. Dziewica przywołuje go, aby poszedł za nią, lecz on uświadamia sobie, że nie da rady pokonać otchłani. Wokół siebie słyszy Głosy, natrząsające się z jego niemocy i pytające, gdzie podziały się jego skrzydła i wzniosła dusza, która go tu przywiodła. Dziewica podaje mu rękę, chcąc pomóc mu przeprawić się na druga stronę, lecz wtedy on zauważa jej prawdziwą, trupią naturę, wyzierającą spod odpadających kwiatów i poszarpanych sukien. Złe duchy wysyłają go w ślad za nią do piekła, na co on pyta Boga, czemu został ukarany za wiarę w uskrzydlającą moc Jego piękności i stał się igrzyskiem szatanów. Otchłań zbliża się coraz bardziej i Mąż czuje, że nie ma siły dłużej się jej opierać, jednak od ostatecznego upadku wybawia go zjawienie Anioła Stróża, który oznajmia mu, żeby wracał do domu i nie grzeszył więcej, bo w tej chwili odbywa się właśnie chrzest jego dziecka, które ma przykazane kochać.
* * *
Po powrocie do domu Mąż dowiaduje się od sługi, że jego żona zaniemogła i pod jego nieobecność odwieziono ją do domu wariatów. Przez chwilę jeszcze nie dowierza tej informacji, po czym zaczyna obwiniać się o zgubę Marii i niszczenie wszystkiego, czego się dotknie. Rozpacza, że nie został pochłonięty przez piekło tylko po to, aby być jego żywym świadectwem na ziemi. Lamentuje nad losem swojej żony i kiedy coraz bardziej rozwodzi się nad jej nieszczęściem, Głos z boku komentuje jego uniesienie ironiczną uwagą, że to jedynie przejaw pustego dramatyzowania („Dramat układasz”). Mąż żąda pistoletów i konia, po czym wybiega z domu.
* * *
W szpitalu dla obłąkanych Żona Doktora prowadzi Męża do Hrabiny, pytając czy jest jej krewnym i komentując bardzo zły stan jej zdrowia. On odpowiada, że jest przyjacielem jej męża, który go tu przysłał, na co zaciekawiona Doktorowa dopytuje, czy prawdą jest, jakoby Hrabiego porwali „jakobiny” (rewolucjoniści). Widząc jego zniecierpliwienie, nie czeka odpowiedzi, wpuszczając go do pokoju Żony.
* * *
Mąż chce zostać sam z Marią, odsyła więc Doktorową. W pokoju zza każdej ze ścian dobiegają głosy obłąkanych, obwieszczających katastroficzne wizje rychłego nadejścia rewolucji i sądu. Maria poznaje Męża, ale jest zbyt słaba, by z nim wyjść, gdyż jak stwierdza, dusza opuściła jej ciało i „wstąpiła do głowy”. Nie pozwala się też zabrać Mężowi prosząc, by dał jej czas, aż stanie się jego godna. Oznajmia, że błagała Boga, aby spuścił na nią ducha poezji i w końcu Pan ją wysłuchał. Zwraca się do Męża, że teraz jest pełną natchnienia poetką i że nie musi on już jej porzucać, ani nią gardzić, bo tak, jak on wszystko zrozumie, wyśpiewa i opisze. Zaczyna improwizować, a Mąż widzi w tym znamiona przekleństwa. Widząc jego zasmucenie Maria oświadcza mu, że syn jego również będzie poetą, gdyż zaklęła go podczas chrztu. Słysząc kolejne głosy zza ścian Żona obwieszcza Hrabiemu, „co by było, gdyby Bóg oszalał”, przedstawiając katastroficzną wizję całkowitego wywrócenia porządku społecznego i naturalnego (rewolucja). Mąż pyta ją, czy chce widzieć syna, ale ona coraz słabsza, mówi, że wszystko już dla niego zrobiła i że poeci nie żyją długo, poczym dostaje ataku i umiera.

Część II
We wstępie narrator opisuje niezwykłość dziecka, które niepodobne swoim rówieśnikom, zamiast bawić się beztrosko, mimo swojego anielskiego oblicza, ciągle jest czymś jakby zasępione, nieobecne, pogrążone we własnych myślach. Wszyscy w jego otoczeniu dziwią się jego nagłym zmianom nastroju, kiedy to zwraca się ku niebu i na twarz występują mu rumieńce. Jednie ojciec patrzy na to ponuro, nic nie mówiąc. Każdy, kto go spotyka, dostrzega jego niezwykłość i wróży mu ciekawą przyszłość. Jedni widzą w nim anioła, inni diabełka, ale bez wątpienia jest „ślicznym dziecięciem”, mającym w sobie coś nieziemskiego.
* * *
W dziesiątą rocznicę śmierci Marii, Mąż wraz z Orciem modlą się na cmentarzu za jej duszę. Chłopiec jednak ciągle przekręca słowa pacierza, denerwując tym ojca. Mówi, że ich treść sama ciśnie mu się do głowy tak, że musi je wypowiedzieć. Wyznaje, że często widuje matkę, podczas snu na jawie, ostatnim razem dwa dni temu, jak przechadzała się pośród ciemności, zbierając dla niego różne kształty i myśli, by mu przekazać poetyckie natchnienie. Słyszy jej głos także teraz, mówiacy, że ześle na niego całą piękność świata, żeby jego ojciec go kochał. Mąż martwi się, że Orcio tak, jak jego żona, zgubiony będzie przez poezję, gdyż jego wątłe ciało nie wytrzyma naporu wielkich uczuć i myśli. Prosi Boga, aby nie karał go bardziej i oszczędził jego syna.
* * *
Filozof rozmawia na spacerze z Mężem o konieczności rewolucji, jako prawu rządzącym światem i warunkującym jego rozwój. Mąż nie zgadza się z nim sugerując, że rewolucja nic nie zmieni, bo „kilka świeżych listków” wypuszczonych ze spróchniałego drzewa, nie ocali go przed zagładą.
* * *
Przechodząc górskim wąwozem, Mąż rozmyśla nad sensem swojego istnienia. Dochodzi do wniosku, że stracił szereg lat na dążenie do poznania prawdy ostatecznej o świecie, a osiągnął jedynie to, że potrafi nazwać wszystkie uczucia, sam nic nie czując. Spokoju nie daje mu kilka myśli – o tym, że jego syn oślepnie, a także, że społeczeństwo, w którym dorastał ulegnie rozpadowi. Słyszy Głos Anioła Stróża, który radzi mu pokochać bliźnich, będących w gorszej od niego sytuacji, dla własnego zbawienia. Mąż nie wie skąd ów głos dochodzi, ale spostrzega nadchodzącego przechodnia, w osobie Mefistofelesa, który kłaniając mu się, tłumaczy, że obdarzony jest talentem brzuchomówstwa. Mężowi wydaje się, że już kiedyś widział jego twarz na jakimś rysunku. Dalsze rozmyślania nad nieszczęśliwym losem własnego dziecka, które ukarane zostało za winy rodziców i czeka go ślepota, przerywa nagłe ukazanie orła, wzbijającego się w powietrze dokładnie w miejscu, w którym stał uprzednio spotkany człowiek. Orzeł leci ku niemu i nakazuje mu „szablą ojców” bić się o ich cześć, zarówno dla nich, jak i dla własnej chwały. Mąż postanawia pójść za jego radą i stanąć do walki wraz ze swoją bracią.
* * *
W pokoju Lekarz bada czternastoletniego Orcia, który coraz gorzej widzi. Oznajmia ojcu, że dla jego syna nie ma nadziei i że jego stan fizyczny jest wynikiem psychicznego napięcia. Mąż oferuje połowę swojego majątku, by Lekarz ratował jego dziecko, ale ten mówi, że nie może mu pomóc. Orcio traci całkowicie wzrok i widzi już tylko oczyma duszy, wobec czego zrozpaczony ojciec pada na kolana i nie wie do kogo może się jeszcze zwrócić, gdyż jak stwierdza: „Bóg się z modlitw, Szatan z przekleństw śmieje”. Głos z boku pyta go, czego żąda więcej, skoro jego syn jest poetą.
* * *
Ojciec Chrzestny rozmawia z Lekarzem, że to niezwykłe oślepnąć w tak młodym wieku i stwierdza, że to pewnie przez wrodzoną delikatność chłopca i fakt, że jego matka była niezrównoważona psychicznie. Mąż prosi Lekarza do pokoju Orcia, który od kilku dni budzi się regularnie o północy i mówi przez sen.
* * *
Zgromadzeni w pokoju Orcia krewni wraz z Lekarzem obserwują dziwne zachowanie chłopca, który wstając z łóżka, lunatykuje i odgania od siebie ciemności, które napastują go we śnie. Zwraca się do matki, aby zesłała mu obrazy, z których stworzy sobie własny świat, równy temu, którego już nie widzi, i który będzie w nim odtąd żył. Lekarz orzeka, że Orcio cierpi na pomieszanie zmysłów połączone z nerwicą i przepisuje mu leki. Zebrani wychodzą, a Mąż odprowadza zbudzonego syna do łóżka. Orcio narzeka, że przerwano jego sen, po czym zasypia. Mąż niepokoi się, co będzie z jego dzieckiem, kiedy on sam pójdzie walczyć, zwłaszcza teraz, gdy po stracie wzroku chłopiec jest całkiem bezbronny.

Część III
Wstęp przywołuje stare, rycerskie czasy i przeciwstawia im obraz aktualny, będący wizją rewolucji. Przedstawia nędzny tłum, czekający w rozbitym pod miastem obozowisku na wystąpienie wodza. Wszyscy są uzbrojeni w co popadnie, ucztują, piją, wygrażają sobie, jak na motłoch przystało. Kiedy pojawia się ich przywódca, słuchają go z nabożną niemal czcią dla jego rozumu. On rządzi ich duszami, gdyż usprawiedliwia konieczność mordu i obiecuje im chleb oraz zarobek. Tłum wiwatuje entuzjastycznie na jego cześć. Dowiadujemy się, że to Pankracy, któremu towarzyszą wierny sług. Wszyscy skandują hasło rewolucji: „Chleba nam, chleba! – Śmierć panom, śmierć kupcom – chleba, chleba!”
* * *
W szałasie Przechrzty (Żydzi, którzy zmienili wyznanie, przyjmując chrzest) czytają Talmud, drwiąc sobie z nowoobranej religii chrześcijańskiej i złorzecząc „wyznawcom Krzyża”. Przechrzta ogłasza, że dobiega końca wielowiekowa walka i panowie broniący swojej wiary wkrótce upadną, robiąc miejsce dla wyznania Mojżeszowego. Tajny obrzęd przerywa pojawienie się Leonarda, który chwali Przechrztów za ich zapał w przygotowywaniu broni i stryczków na jutrzejszą walkę. Przekazuje Przechcie, że Pankracy wzywa go do siebie. Obaj wychodzą, a pozostali w szałasie cieszą się na zapowiedź bitwy, w której lud wymorduje swoich panów, a następnie sam padnie z ich ręki, aby mogli bez przeszkód ustanowić własną religię i pomścić wieki upokorzeń.
* * *
W namiocie samotny Pankracy rozmyśla nad tym, czy choć jeden z ucztujących i wiwatujących przed chwilą na jego cześć rewolucjonistów zrozumiał cokolwiek z jego zamysłów. Zwraca się do wchodzącego Przechrzty z pytaniem, czy zna on hrabiego Henryka, na co ten oświadcza, że jedynie z widzenia i pała do niego nienawiścią, gdyż kiedyś znieważył on go, rozkazując mu ustąpić z przejścia. Pankracy zleca mu wybrać się do niego następnego dnia i przekazać, że chce się on widzieć z nim „osobiście, potajemnie, pojutrze w nocy”. Przechrzta pyta, jakie dostanie wsparcie, na co wódz odpowiada, że zostanie wysłany sam, gdyż jego imię będzie mu strażą. Na pytanie zaniepokojonego sługi, co będzie, jeśli hrabia Henryk zrobi mu jakąś krzywdę, Pankracy odpowiada, że wtedy stanie się „męczennikiem za wolność ludu” i odsyła go na spoczynek. Pozostały w namiocie Leonard, nie może zrozumieć, czemu Pankracy chce rozmawiać z wrogiem, skoro wszystko jest gotowe do walki i ludzie czekają tyko na jego rozkaz, on jednak studzi ten zapał, mówiąc, że arystokracja już dawno straciła siły na próżniactwie i rozkoszach, dlatego tak czy inaczej musi polec. Leonard pyta, co go zatem wstrzymuje, na co wódz odpowiada, że jedynie jego wola. Leonard niedowierza mu, zarzuca nawet zdradę, lecz ten ostrzega go, żeby powstrzymał się ze swoimi krzykami, gdyż każe go zastrzelić. Leonard usprawiedliwia swoją zapalczywość oddaniem sprawie, co Pankracy pochwala. Pyta go też o hrabiego Henryka, który ponoć zebrał swoich włościan i planuje ruszyć na odsiecz, zgromadzonej w zamku Świętej Trójcy, arystokracji. Leonard mówi, że to bez znaczenia, gdyż i tak nikt się im nie oprze, Pankracy jednak wyznaje, że pragnie go zobaczyć i przekonać do swoich racji, gdyż to człowiek niezwykły – poeta. Odsyła Leonarda na spoczynek, oznajmiając mu jednocześnie, że ten potowarzyszy mu za dwa dni podczas nocnej wyprawy do hrabiego. Następnie, zostając sam, rozmyśla, czemu postać arystokraty tak bardzo go fascynuje i stoi na przeszkodzie w ostatecznym dopełnieniu misji. Podejrzewa, że trafił na kogoś równego sobie, kto jako jedyny będzie w stanie pojąc wielkość jego dzieła. Potrzebuje przekonać go do swoich racji, aby sam mógł wyzbyć się ostatecznie wszelkich wątpliwości.
* * *
Mąż przebrany za rewolucjonistę przychodzi do wrogiego obozu. Prowadzi go Przechrzta, któremu pod groźbą śmierci nakazuje on udawać, że jest jego znajomym i wyjaśniać dokładnie wszystko, co się dzieje wokół. W pierwszej kolejności widzą taniec rozwydrzonego tłumu wokół szubienicy, który Przechrzta mianuje „tańcem wolności”. Mąż zagaduje jedną z dziewczyn o jej radosny nastrój, na co ta odpowiada, że ma powody do wesela, gdyż czas niewdzięcznej pracy zastąpił czas jadła i zabawy. Następnie Przechrzta wskazuje na klub lokajów i chór rzeźników, z których każdy szczyci się swoimi mordami i pomstuje na krzywdy doznane od panów. Mąż znów zwraca się do jakiejś kobiety, która z kolei odpłaca „towarzystwu”, za wyzwolenie jej spod jarzma arystokracji, wolną miłością, po tym, jak ograbiła swego męża i ciemiężyciela zarazem, który ją trzymał na małżeńskiej uwięzi. Kolejną osobą, która przykuwa uwagę hrabiego jest generał Bianchetti – dowódca najemnej armii. Rozmyśla on nad sposobem zdobycia zamku Świętej Trójcy, ale nie chce zdradzić Mężowi swoich planów, gdyż uważa, że nie pojmie on jego geniuszu taktycznego. Po jego odejściu hrabia sugeruje Przechrzcie, że rewolucjoniści powinni się pozbyć wyniosłego generała, gdyż z takich, jak on rodzi się każda arystokracja. Następnie podchodzą do umierającego rzemieślnika, który przeklina lata wyrobniczej pracy w fabryce i swój nędzny los, któremu na nic wolność już się nie zda. Przechrzta chce się już wyswobodzić od niewygodnego towarzysza, lecz ten pragnie raz jeszcze obejrzeć obóz rewolucjonistów. Natrafiają na orszak chłopów, ciągnący pojmanego pana na stracenie. Przechrzta sugeruje, że to może jakiś znajomy hrabiego, lecz ten mówi, że nawet jeśli by tak było, to nim gardzi, a jego oprawców nienawidzi, po czym dodaje, że „poezja to wszystko ozłoci kiedyś”.
* * *
Idąc w stronę wąwozu Św. Ignacego, w którym czekają na hrabiego jego ludzie, Przechrzta wraz z Mężem widzą rewolucjonistów, odprawiających na ruinach kościoła, „obrzęd nowej wiary”. Przewodzi mu Leonard – „prorok natchnięty Wolności”, który ogłasza nowy świat na gruzach starego, wybiera sobie co noc inną kochankę do orgii, rozgrzesza morderców i nadaje święcenia zbójeckie. Zauważywszy dumnego przybysza w osobie przebranego hrabiego, pyta go, kim jest i czemu nie przyłącza się do uczestników obrzędu. Hrabia podaje się za mordercę z klubu hiszpańskiego, który dopiero co przybył i jeszcze nie zdążył nikogo zabić, lecz nie zawaha się zgładzić choćby i samego Leonarda, jeśliby ten sprzeniewierzył się ich rewolucyjnemu dziełu. Rozochocony tłum wiwatuje na cześć gościa i prosi o rychłe dostarczenie nowych głów szlachciców, poczym podąża za swoim prorokiem. Mąż napawa się jeszcze widokiem chaosu i rozpasania panującego w obozie, wzywając Boga, by dał mu potęgę, pozwalającą zamknąć cały ten obraz w jednym słowie i jak wcześniej, słyszy drwiący głos w powietrzu, kwitujący jego uniesienie stwierdzeniem: „Dramat układasz”. Przeklina nowe pokolenie i postanawia pomścić „zhańbione popioły ojców” oraz zdruzgotany Kościół Chrystusowy. Przechrzta odprowadza go do jaru Św. Jerzego, gdzie oczekują go jego ludzie. Hrabia rzuca przewodnikowi na odchodnym pieniądze zawinięte w czapkę wolności, jako wyraz swojej pogardy dla, będącej symbolem chęci użycia i zysków, rewolucji.
* * *
Następnej nocy Pankracy wraz Leonardem i zaufanymi sługami udaje się do hrabiego. Nakazuje jednak obstawie pozostać na zewnątrz i nie dawać znaku życia, dopóki nie wezwie ich na pomoc, w przypadku gdyby hrabia zdradził. Leonard zaklina go, żeby choć jego wziął ze sobą, gdyż panowie to kłamcy, ale Pankracy odmawia, mówiąc, że „stara szlachta słowa dotrzymuje czasem”.
* * *
Hrabia oczekuje w komnacie przybycia Pankracego, rozmyślając o czekającej go trudnej walce z rewolucjonistami. Zwraca się do duchów przodków o natchnienie i siłę w obronie starego porządku i wiary, określając się, jako „ostatniego dziedzica ich myśli, dzielności, cnót i błędów”. O północy wchodzi Pankracy, komentując od progu „umarły tytuł” hrabiego i drwiąc z wiszących w sali herbów. Hrabia odpowiada, że z Bożą pomocą powrócą one wkrótce do użycia, na co ten ironizuje, pytając gdzie są owe zastępy niebieskie zesłane na obronę szlachty. Gospodarz zarzuca mu sięganie po stare formuły (ateizm) i stwierdza, że spodziewał się po nim czegoś nowego. Pankracy odpowiada, że jego wiarą jest głód, ból, rozpacz i poniżenie rzesz ludzkich, które dają mu siłę, by działać dla nich w imię wolności i równości. Hrabia pyta przybyłego, mianując go „obywatelem-bogiem”, czemu chciał się z nim widzieć, na co ten wyjaśnia, że chciał go poznać i przy okazji ocalić. Wykłada, że arystokracja lada dzień upadnie, a hrabia nie pożyje długo, podobnie jak jego syn, gdyż tacy ludzie szybko umierają. Dlatego proponuje mu, by zaniechał pomocy broniącym się na zamku Św. Trójcy i dożył w spokoju swoich dni, jako „ostatni hrabia” na ziemi. Kiedy ten czuje się obrażony taką propozycją, Pankracy wyrzuca mu trzymanie się przebrzmiałych frazesów, jak honor i ojczyzna oraz sugeruje, że dobrowolnie skazuje się on na śmierć, gdyż pragnie wierzyć w racje swojej klasy, w głębi duszy wiedząc jednak, że nie ma dla niej ratunku. Hrabia nie chce jego litości, gdyż tak, jak jest świadom grzechów arystokracji, tak widział zbrodnie nowego pokolenia, które ma ją zastąpić („widziałem wszystkie stare zbrodnie świata ubrane w szaty świeże, nowym kołujące tańcem – ale ich koniec ten sam, co przed tysiącami lat – rozpusta, złoto i krew”). Zarzuca Pankracemu, że nie łączy się on ze swoim ludem, bo w głębi ducha nim pogardza i wkrótce zacznie też gardzić samym sobą. Ten zgadza się, że „jego świat” nie jest jeszcze idealny, gdyż na razie pragnie jedynie wygód i chleba, ale zapowiada, że „przyjdą czasy, w których on zrozumie siebie i powie o sobie: <> – a nie będzie drugiego głosu na świecie, co by mógł także odpowiedzieć: <>”. Wtedy z obecnego pokolenia narodzi się „plemię ostatnie, najwyższe, najdzielniejsze”, panujące na całej ziemi, będącej „jednym miastem kwitnącym, jednym domem szczęśliwym, jednym warsztatem bogactw i przemysłu”. Hrabia zarzuca mu, że chyba sam nie wierzy w te słowa, ale ten powołuje się na, objawionego rewolucjonistom przez mękę pracy, Boga. Hrabia broni starej wiary, oskarżając Pankracego o bluźnierstwo, lecz on nie daje się przekonać, namawiając jednocześnie arystokratę, żeby jako jedyny wybrany przez niego, odrzucił przesady i poszedł za nim. Mąż odpowiada, że nie wierzy już w postęp, że kiedyś zgoda między klasą panującą a poddanymi była jeszcze możliwa, lecz teraz nie pozostaje im nic innego, jak mordować się wzajemnie, gdyż nadeszła kolej nowego pokolenia. Pankracy mówi, że hrabia cały czas może się do nich przyłączyć, lecz ten zarzuca mu zbytnią pewność w ferowaniu wyrokami, gdyż nie jest on błogosławionym, tylko zwykłym śmiertelnikiem, który także może zginąć w bitwie. Wódz rewolucji zaprzecza, jakoby miało to nastąpić przed dokończeniem przez niego wielkiego dzieła i po raz ostatni proponuje hrabiemu ocalenie, jeśli nie własnego życia, to przynajmniej jego syna, lecz ten stanowczo odrzuca ofertę. Pankracy oskarża go o pedantyczne służenie przebrzmiałym wartościom, w które sam nie wierzy, on natomiast wyrzuca mu brak jakichkolwiek zasad, wynikający z jego niskiego urodzenia, a także korzystanie z pracy poprzednich pokoleń i burzenie ich dokonań bez zdolności do stworzenia czegoś nowego od podstaw. Pankracy odpiera zarzut, wskazując, że owe dokonania arystokracji, to znęcanie się nad chłopami, prywata, przekupstwa, fałszerstwa i zdrady. Hrabia broni swych przodków, podając przykłady ich pomocy klasom uboższym (rozdawnictwo chłopom zboża w czasie głodu, edukację, nadstawiane za nich życia w czasie wojen, w których ci nigdy nie uczestniczyli), a następnie żegna Pankracego, zapowiadając, że będzie bił się do końca. Gość na odchodnym przyznaje, że są godnymi siebie przeciwnikami („Dwa orły z nas”), lecz los hrabiego naznaczony jest piętnem klęski przez jego przynależność do starej klasy.

Część IV
Wprowadzenie zawiera opis zamku Świętej Trójcy, spowitego poranną mgłą, która rozstąpiwszy się, odsłania widok zbrojnych ludzi ciągnących zewsząd przez dolinę na bitwę.
* * *
W katedrze w zamku Świętej Trójcy odbywa się nabożeństwo za powodzenie bitwy. Uczestniczący w nim arystokraci z niechęcią i zazdrością patrzą na hrabiego Henryka, składającego u stóp arcybiskupa rewolucyjny sztandar, zdobyty przez niego w czasie nocnej wyprawy do wrogiego obozu. Szepczą po cichu, że nie dokonał niczego wielkiego i jego duma jest niczym nieuzasadniona. Arcybiskup ogłasza hrabiego wodzem na zamku, przy aprobacie większości zgromadzonych i jednym głosie sprzeciwu, korzystającym z prawa weta. Protestującego jednak szybko zagłuszają inni, a na pytanie hrabiego, czy ktoś ma mu coś do zarzucenia, nikt się nie odzywa. Mąż przyjmuje zatem dowództwo i prosi zebranych o złożenie przysięgi, że będą „bronić wiary i czci przodków” oraz że prędzej zginą niż zhańbią się poddaniem. Wszyscy przysięgają na krzyż, a hrabia obiecuje im sławę.
* * *
Na dziedzińcu zamkowym przedstawiciele arystokracji odciągają hrabiego Henryka na strony i wypytują po cichu o szanse na zwycięstwo i możliwość uzyskania łaski od rewolucjonistów. Hrabia odpowiada kolejnym rozmówcą, że czeka ich walka do ostatka bez większych perspektyw na wygraną, a ci, którzy dostaną się w niewolę, nie maja co liczyć na litość wrogów. Jeden z arystokratów sugeruje dowódcy rozpoczęcie układów pokojowych, na co ten oburza się, że za taką propozycję pomysłodawca zasłużył na stracenie i ogłasza tłumowi, że ktokolwiek wspomni o poddaniu się, będzie ukarany śmiercią.
* * *
Na szczycie wieży Mąż rozmawia ze sługą, Jakubem. Pyta go o swojego syna, który, jak się dowiaduje, „usiadł na progu starego więzienia i śpiewa proroctwa”. Hrabia nakazuje wzmocnić straże w miejscu, gdzie przebywa Orcio i cały czas mieć baczenie na wrogów. Jakub proponuje, żeby dla zachęty dać obrońcom wódki, na co dowódca przystaje i odprawiając sługę, rozmyśla o czekającej go bitwie. Napawa się swoją władzą i możliwością dokonania przed śmiercią jeszcze czegoś wielkiego, zdając sobie jednocześnie sprawę, że będzie to jego „pieśń ostatnia”.
* * *
Mąż odwiedza syna, wydając ostatnie dyspozycje walczącym. Następnie uspokaja Orcia, że dziś ani jutro jeszcze obrona nie padnie. Orcio odpowiada, że nie myśli o tym, ani nie lęka się o ojca, gdyż wie, że godzina jego jeszcze nie nadeszła, lecz co innego nie daje mu spokoju. Pokazuje hrabiemu ukryte przejście w murze, prowadzące do lochów i mówi, że odnalazł je oczami duszy, poczym zstępuje do wewnątrz.
* * *
Hrabia prosi Orcia, żeby ten nie szedł dalej, lecz on pyta ojca, czy niczego nie widzi, ani nie słyszy. Hrabia odpowiada, że wokół otacza ich tylko ciemność i „milczenie grobów”, ale Orcio przekonuje go, że z głębi lochów wychodzą postacie, gromadzące się na sąd. Opowiada, że widzi oskarżonego, sądzonego za brak miłości bliźnich i zadufanie w sobie. Hrabia nie dostrzega duchów, ale słyszy skargi i jęki potępionych. Orcio mówi mu, że oskarżony zachowuje się teraz tak jak ojciec, kiedy się gniewa i pogardza, na co odzywają się głosy, przepowiadające hrabiemu śmierć taką, jaką zginęły ofiary władców tego zamku. Ten złorzeczy duchom, lecz Orcio zaklina go, żeby przestał, gdyż widzi także jego postać, męczoną przez zjawy. Prosi ojca o przebaczenie, gdyż to matka kazała mu to przekazać, poczym mdleje. Hrabia wynosi syna z przeświadczeniem, że po „ludzkiej walce”, czeka go jeszcze druga – „wieczna”, a z oddali ścigają go potępieńcze głosy, powtarzające treść wyroku („Za to, żeś nic nie kochał, nic nie czcił prócz siebie i myśli twych, potępion jesteś – potępion na wieki”).
* * *
W sali zamkowej hrabia wysłuchuje poselstwa Ojca Chrzestnego, powracającego od Pankracego, który obiecał darować arystokratom życie, jeśli uznają „dążenie wieku” i przejdą na jego stronę. Zebrani, wycieńczeni walką i głodem, proszą swego dowódcę, aby przystał na propozycję rewolucjonistów, lecz ten stanowczo odmawia. Arystokraci zarzucają hrabiemu, że ich zgubił i wypowiadają mu posłuszeństwo, grożąc, że sami omówią z Pankracym warunki poddania zamku, na co ten reaguje oburzeniem. Wypomina im, że przysięgali walczyć do końca i że sami są winni obecnej sytuacji, gdyż uciskali poddanych, przetracali majątki na hulankach i zagranicznych podróżach z dala od ojczyzny, „podlili się wyższym, gardząc niższymi”, a także źle wychowali swoich potomków. Pyta, dlaczego tak spieszą się do hańby, zamiast wybrać walkę i bohaterską śmierć w chwale. W zgromadzeniu dają się słyszeć głosy poparcia dla jego racji, ale i sprzeciwu, domagające się chleba i ratunku dla dzieci. Ojciec Chrzestny przekonuje obecnych, że ręczy za ich nietykalność, jeśli się poddadzą, na co hrabia każe mu zejść z oczu i grozi, że rozkaże wydać go rewolucjonistom. Następnie zwraca się do kolejnych arystokratów, przypominając im oddane różne przysługi i pyta, czy pójdą za nim, czy też zostawią go samego w walce, z przeświadczeniem, „że wpośród tylu ludzi, jednego człowieka nie znalazł”. Rozlegają się głosy poparcia, na które hrabia rozkazuje wydać walczącym ostatnie racje żywieniowe i przeklina resztę za ich podłość.
* * *
W okopach Św. Trójcy Jakub melduje hrabiemu, że ostatkiem sił udało się żołnierzom odeprzeć ostatni szturm, ale kolejnego już nie przetrzymają z braku amunicji. Hrabia prosi go, aby w tej sytuacji przyprowadził do niego syna, którego chce po raz ostatni uściskać. Orcio przekazuje mu, że słyszał głos zmarłej matki, oznajmiający, że jeszcze tego wieczora zasiądzie przy niej. Hrabia żegna się z nim na wieki, gdyż wie, że dla niego samego nie ma szans na zbawienie. Jakub prowadzi ku murom ostatnich ocalałych, którym hrabia rozkazuje bić się, choć już nie mają ani sił ani broni. Orcio pada trafiony kulą, a jego dusza podąża do nieba za głosem z góry. Hrabia przyzywa swoich ludzi do ostatecznego starcia z wdzierającymi się do zamku rewolucjonistami.
* * *
W czasie walki hrabia podbiega do leżącego na murze Jakuba, który przeklina go za jego upór i męki, których musiał przez niego doświadczyć, poczym umiera. Hrabia widząc, że wszyscy jego ludzie zginęli, a ostatni z ocalałych arystokratów błagają wroga o litość, odrzuca broń i postanawia, że nie da się pojmać żywcem, gdyż jedynie Bóg może go sądzić. Następnie, przeklinając poezję, rzuca się w przepaść.
* * *
Po bitwie Pankracy skazuje kolejnych arystokratów na śmierć. Pyta, czy nie ma w ich gronie hrabiego Henryka, lecz wszyscy mówią, że zniknął gdzieś pod koniec walk. Ojciec Chrzestny, jako były poseł próbuje przekonać Pankracego, żeby darował życie tym, którzy zaufali jego obietnicom i oddali mu klucze do zamku, lecz ten rozkazuje zabrać go z resztą na stracenie. Oferuje natomiast nagrodę temu, kto znajdzie hrabiego lub choćby jego ciało. Naczelnik oddziału informuje go, że widział wraz z żołnierzami człowieka, który stał na skraju murów, poczym rzucił się w przepaść, zostawiając po sobie jedynie szablę. Pankracy rozpoznaje herb hrabiego na rękojeści i mówi, że on jako jedyny dotrzymał przysięgi, za co należy mu się chwała w przeciwieństwie do reszty arystokratów, których czeka śmierć na gilotynie. Leonard sugeruje, że po tak ciężkich walkach wódz powinien odpocząć, lecz on odpowiada, że dzieło jeszcze nie zostało ukończone, teraz bowiem nastał czas odbudowy zniszczonego świata. Zmęczony Pankracy czuje się nieswojo, widzi krew wokół siebie i ma wrażenie, że obok nich jest ktoś jeszcze. Patrzy na miejsce, z którego skoczył hrabia, a następnie na niebo, na którym ukazuje mu się niezwykłe zjawisko. Leonard dostrzega tylko chmurę w promieniach dogasającego słońca, lecz Pankracy widzi na niej pałający „straszny znak”. Ku zaniepokojeniu Leonarda blednie i mówi o postaci wspartej na krzyżu, której wzrok przeszywa go na wskroś, paląc od wewnątrz. Prosi sługę, by ten zakrył mu oczy i osłonił przed karzącym spojrzeniem, lecz ten nie jest w stanie mu pomóc. Przerażony wzywa ludzi na ratunek, lecz w tym czasie Pankracy ze słowami „Galilaee, vicisti!” („Galilejczyku zwyciężyłeś”) umiera.

Nick:
E-mail:
Komentarz:
.