Powieść rozpoczyna się od przedstawienia niezwykłego poranka Józefa K., kiedy jego gospodyni nie przyniosła mu jak zwykle śniadania, tylko pojawili się u niego nieznajomi mężczyźni. Poinformowali oni bohatera, że jest aresztowany, ale nie podali przyczyny tego aresztowania. Strażnicy Wilhelm i Franciszek zjedli przyniesione w końcu przez panią Grubach śniadanie Józefa K. oraz przeszukali pokój jego sąsiadki – panny Burstner. Główny bohater był przekonany, że cała ta sytuacja jest zwykłą pomyłką. Strażnicy nie potrafili niczego wytłumaczyć, ich zadaniem było pilnowanie Józefa przez 10 godzin dziennie. Zadawał on różne pytania: np. „Kto mnie oskarża?”, „Jaka władza prowadzi dochodzenie?” na które również nikt nie znał odpowiedzi. Całe zdarzenie obserwowali sąsiedzi, których bohater w końcu przepędził. Pomimo zaistniałej sytuacji Józef mógł chodzić do pracy. Pocieszyć próbowała go pani Grubach, która jednocześnie skarżyła się na niemoralne zachowanie innej lokatorki – panny Burstner, która późno wracała. Józef K. stanął w jej obronie. Chciał również żeby ona mu pomogła w procesie, ponieważ miała sądowe doświadczenie. W rozdziale II bohater został telefonicznie poinformowany, że w niedzielę ma odbyć się przesłuchanie w jego sprawie. W drodze do sądu spotkał on kolegów z pracy, którzy również wiedzieli o jego oskarżeniu. Gdy w końcu dotarł do ogromnego gmachu, nie mógł od razu znaleźć pokoju przesłuchań. Wszystkie drzwi były tam pootwierane. W tych małych, jednookiennych pokojach stały łóżka, gotowano, leżeli chorzy, śpiący lub ludzie w ubraniach. W końcu Józef trafił do odpowiedniego pokoju – zatłoczonego, o dwóch oknach, z galerią, gdzie ludzie mogli stać jedynie pochyleni. Rozpoczęło się przesłuchanie. Józef był oskarżycielem. Uważał, że za jego aresztowaniem stoi wielka organizacja, która zatrudnia „przekupionych strażników, ograniczonych nadzorców i sędziów śledczych”, których celem jest aresztowanie niewinnych osób oraz bezskuteczne i bezcelowe dochodzenia. Oskarżył ich również o korupcję. Zebrani ludzie okazali się urzędnikami sądu, których Józef wyzwał od łajdaków, otworzył drzwi i uciekł. W rozdziale III bohater czekał na ponowne wezwanie do sądu. W niedzielę poszedł tam dobrowolnie, ale okazało się, że sąd jest nieczynny. Rozmawiał tylko z praczką, żoną woźnego sądowego, która pokazała mu książki sędziego śledczego. W jednej z nich widniały zdjęcia nagich kobiet. Żona woźnego próbowała uwieść bohatera obiecując mu pomoc w procesie. Następnie zobaczył on, jak ta sama kobieta całuje się ze studentem prawa – Bertoldem, co wywołało w nim oburzenie. Obaj wyszli, a kobieta poszła ze studentem rzekomo na wezwanie sędziego śledczego. Józef trafił do kancelarii sądowej na strychu, gdzie woźny sądowy zwierzał mu się, że ma ochotę zabić studenta, który uwodzi jego żonę. Józef namawiał go do tego. Wszyscy oskarżeni czekali na korytarzu. Nagle Józef omdlał, a dziewczyna i informator sądowy odprowadzili go do wyjścia. W IV rozdziale bohater czekał na pannę Burstner, która go unikała. Do jej pokoju wprowadziła się panna Montag, nauczycielka francuskiego. W jej byłym pokoju zamieszkał siostrzeniec pani Grubach. Józef dowiedział się, że panna Burstner nie chce z nim rozmawiać. Nagle w jadalni, miejscu gdzie odbywała się ta rozmowa, pojawił się kapitan Lanz. W kolejnym rozdziale Józef znalazł w swoim biurze żandarmów – Wilhelma i Franciszka, którzy bali się chłostania za to, że bohater oskarżył ich przed sędzią śledczym. Poczuł się on winny i prosił kata z pejczem, aby ten darował żandarmom karę. Próbował go bezskutecznie przekupić. Wpadł na pomysł, aby to on poniósł karę za strażników, kat jednak nie zgodził się na to i wychłostał żandarmów. Kolejnego dnia scena powtórzyła się. Do Józefa K. przybył z wizytą wuj Karol, który bardzo zaniepokoił się procesem. Zarzucił on bohaterowi bierność w tej sprawie oraz oskarżał go, że przez niego mogą w to zostać wciągnięci wszyscy krewni. Wuj zawiózł go do adwokata Hulda, którego służąca Leni nie chciała ich do niego wpuścić. Adwokat był chory, ale pomimo wszystko do spotkania doszło. Wiedział on juz o procesie, co wywołało zdziwienie Józefa. Podjął się on, na prośbę wuja, obrony Józefa., który ze zdziwieniem zauważył siedzącego w cieniu pokoju dyrektora kancelarii sądowej. Jak się okazało, sędzia śledczy był przyjacielem adwokata. Leni ostrzegała Józefa przed jego nieustępliwością, przed sądem oraz przekazała mu plotki na jego temat. Po wyjściu czekał na niego wuj, który zdenerwowany powiedział, że zaszkodził on swojej sprawie. Myśl o procesie nie opuszczała Józefa K. Zastanawiał się, czy napisać swoją obronę i pokazać ją sądowi. Wspominał również rozmowę z adwokatem, w której Huld skarżył się na utrudnianie mu przez sąd obrony. Postępowanie sądowe nie były przecież jawne, a akta oskarżenia były niedostępne obronie i oskarżonemu. Wobec tego obrona była w niekorzystnym położeniu. Doszedł do wniosku, że sądownictwo jest bezduszną machiną pochłaniającą jego pracowników. Proces Józefa, pomimo, że trwał już kilka miesięcy, nadal tkwił w początkowej fazie. Bohater czuł się nim osaczony, zamierzał zrezygnować z adwokata i sam się bronić. Obronę próbował ułożyć na piśmie. Przeszkadzało mu w tym znużenie i klienci banku. Jeden z nich poradził mu, aby odwiedził malarza Titorellego, który ma duże znajomości wśród sędziów. Tak też bohater zrobił. Znalazł tam portret sędziego podobny do tego, który widział wcześniej u adwokata. Malarz okazał się mężem zaufania sądu. Józef zadeklarował swoją niewinność. Malarz otworzył drzwi za którymi były podsłuchujące całą rozmowę dziewczynki. Stwierdził, że „wszystko przecież należy do sądu” i obiecał pomóc. Nie widział możliwości uwolnienia bohatera ze względu na jego niewinność, czym Józef był rozczarowany. Malarz wytłumaczył mu, że może zostać pozornie zwolniony za poręczeniem jego i innych sędziów, albo jego sprawa może ulec „przewleczeniu”. Obie metody zapobiegają skazaniu oskarżonego, ale jednocześnie wykluczają jego uniewinnienie – będzie on zawsze podejrzany. Józef K. odkrył za drzwiami zastawionymi łóżkami sądowe kancelarie, przeraził się i szybko uciekł od malarza. Józef wybrał się do adwokata, aby odebrać mu prowadzenie swojej sprawy. Spotkał tam kupca Blocka. Podejrzewał go o to, że jest kochankiem Leni. W rozmowie kupiec ostrzegł go, że adwokat jest mściwy, ale pomimo tego bohater oznajmił mu, że rezygnuje z jego usług. Adwokat w odwecie zainscenizował upokarzające przesłuchanie Blocka pokazując w ten sposób swoją władzę i przewagę nad klientem. W rozdziale IX Józef otrzymał zlecenie, aby pokazać zabytki sztuki włoskiemu klientowi banku, który po raz pierwszy był w ich mieście. Bohater czekał na niego w katedrze. Przyglądał mu się sługa kościelny i dawał mu znaki.. Włoch nie pojawiał się, a gdy Józef zbliżał się do wyjścia usłyszał głos księdza, który głośno, przez ambonę powiedział, że jest on oskarżony. Gdy ten próbował się bronić, ksiądz nie pozostawiał mu złudzeń. Uświadomił mu, że „samo postępowanie przechodzi stopniowo w wyrok”. Po tym ksiądz zszedł z ambony i zaczął przyjacielską rozmowę z Józefem. Opowiedział mu przypowieść o odźwiernym, strzegącym wejścia do prawa, po czym bohater wyszedł z kościoła. Dzień przed jego 31 urodzinami, około 21 do mieszkania bohatera przyszło dwóch panów. Józef K. siedział ubrany na czarno w takiej pozycji, jakby czekał na gości. Dobrowolnie z nimi wyszedł. Za miastem przy kamieniołomach leżał rozebrany do pasa i oparty o kamień. Jeden z mężczyzn wyjął rzeźnicki nóż, „wepchnął mu w serce i dwa razy w nim obrócił”.